Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

„Uwalnianie życia” – blaski i cienie buddyjskiej praktyki uwalniania zwierząt

Fangsheng to praktyka chińskich buddystów polegająca na uwalniania zwierząt, często zakup zwierząt, które miałyby zostać zabite i pozwolenie im odejść. Uzasadnieniem tej praktyki jest nauczanie Buddy o dobroci i współczuciu dla wszystkich istot. Najwcześniejsze dowody na jej stosowanie pochodzą z Pali Tipitaka (Kanon palijski). Według Vinayi, pewien mnich natknął się na świnię złapaną w myśliwską pułapkę i czując współczucie puścił ją. Został oskarżony o kradzież. Gdy sprawa została przedstawiona Buddzie, ten powiedział, że z punktu widzenia Dharmy mnich nie popełnił przestępstwa, bo działał kierując się współczuciem.

Czy wynikająca z tak szlachetnych pobudek praktyka może być zabójcza dla zwierząt i szkodliwa dla środowiska? Jak sprawić, by jej duch zwyciężył nad pustą formą?

Pewnego pogodnego, listopadowego dnia dziewięcioro buddyjskich mniszek
i mnichów okryło swe szare i beżowe szaty zimowymi płaszczami i dołączyło do zebranych w Central Parku przedstawicieli Nowojorskiej Fundacji na Rzecz Dzikich Ptaków (Wild Bird Fund). Grupa zebrana wokół kilku skrzynek podpisanych „Drozdek rudy” czy „Oskomik czerwonogardły” recytowała modlitwy oraz śpiewała pieśni religijne w sanskrycie oraz języku mandaryńskim, życząc ptakom powodzenia oraz modląc się za to, by w przyszłych wcieleniach znalazły oświecenie. „Okay, miejmy nadzieję, że to pomoże!” – rzekł czcigodny Benkong Shafi po wykonaniu ostatniego ukłonu w stronę skrzynek. Nadszedł czas na uwolnienie ptaków. Inny mnich, niczym Noe uwalniający gołąbka pokoju, delikatnie wydobywał kolejne ptaki ze skrzynek. W tym samym czasie jego towarzysze fotografowali uwalniane ptaki za pomocą swoich smartfonów. Jeden z dzięciołów rzucił się w stronę gęstych zarośli. „Do zobaczenia!” zawołał za odlatującymi ptakami Abbess Jingyi Shi. „Bądźcie ostrożne!”

Ten niezwykły, zwracający zdziwione spojrzenia przechodniów rytuał, bierze swój początek od żółwia w plastikowym pojemniku. W roku 2007 mniszka z Grace Gratitude Buddhist Temple z Chinatown na Manhattanie otworzyła spiżowe wrota świątyni, aby znaleźć maleńkiego żółwia czerwonolicego u jej stóp. Żółw przeznaczony był nie dla niej, lecz dla starszego mnicha – Benkonga. I prawdopodobnie został podrzucony w ramach protestu. Miesiąc wcześniej Benkong nieprzypadkowo obraził całą chińską społeczność buddyjską w Nowym Jorku. Obrońcy przyrody w mieście zauważyli wzrost populacji „obcych” żółwi w Central Parku w Turtle Pond i wzdłuż brzegu East River. Problem dotyczył ponad tysiącletniej tradycji Fang sheng czyli „uwalniania życia”, w której buddyści wypuszczają uwiezione zwierzęta w celu generowania pozytywnej karmy poprzez akty dobroci. „Babcie wraz z dziećmi całowały żółwie – nie dbając o salmonellę – i wypuszczały je do stawów w Nowym Yorku, gdzie prawdopodobnie zamarzną one na śmierć” – powiada Benkong.

 Niestety, dzisiaj często praktyka uwalniania zwierząt ma postać zwykłego rytuału, który jest bardziej destrukcyjny dla życia zwierząt niż ratujący je. W krajach, gdzie wspólnota buddyjska o chińskim pochodzeniu jest liczna, istnieje cały przemysł chwytania dzikich zwierząt po prostu po to, by mogły one zostać kupione i wypuszczone. Ptaki, żółwie i ryby są łapane, wysyłane do miast i sprzedawane pod lokalnymi świątyniami, gdzie mogą zostać uwolnione. Wiele świątyń ma stawy, gdzie można wypuszczać żółwie, ale są one często zatłoczone i wypełnione brudną, stojącą wodą. Ptaki są wypuszczane w miastach, gdzie zmęczone i zdezorientowane zazwyczaj szybko giną, a ryby są wyrzucane do zanieczyszczonych rzek, gdzie też często giną.

Zajmujący się sprawą dziennikarz przeprowadził z Bengkongiem wywiad i zacytował jego wątpliwości związane z praktyką, określaną przez mnicha, jako „uwalnianie ku śmierci”. Bengkong oskarżał także swych współwyznawców o „ignorancję”. „Ignorancja jest jednym z naszych grzechów głównych” – twierdzi mnich. Oświadczenie takie nie przysporzyło mu sympatii czytelników. Jego bezceremonialna uwaga (dotycząca wypuszczania zwierząt) powróciła (a raczej przypełzła) by prześladować go w formie małego żółwia. „Mam teraz żółwia. Cóż z nim pocznę? Nie mogę go sprzedać, wypuścić ani zabić”. Zamiast tego, on i mniszka, przygarnęli żółwia i nadali mu imię Pyewacket. Benkong postanowił również znaleźć rozwiązanie dla problemu, który stał się źródłem całego zamieszania.

Benkong usłyszał o „litościwym uwalnianiu” po raz pierwszy w 1969 jako 17 latek (wówczas Harold Lemke), który dopiero przybył do Taiwanu. Po przybyciu do tajwańskiej świątyni buddyjskiej był zakłopotany widząc, że miejsce roi się od kurczaków. „Myślałem sobie – to dziwne – przecież jesteśmy wegetarianami” – wspomina. Okazało się, że mnisi, korzystają z każdej okazji, aby resztę pieniędzy pozostałą z „wypraw” na lokalny rynek, przeznaczyć na ratowanie kurcząt przeznaczonych na rzeź.

Żyjemy w czasach, w których wielu praktykujących „Fangsheng” zapomniało o tym, jaki jest pierwotny cel tej praktyki – ochrona i ratowanie zwierząt. W zamian za to postrzegają tą ceremonię jako sposób zaspokajania bardziej przyziemnych pragnień: odprawiają rytuał w intencji przedłużenia życia, wyleczenia krewnego cierpiącego z powodu raka tarczycy lub dostania się dziecka do dobrej szkoły.

W Chinach zwłaszcza nie-buddyści, poszukujący karmicznego „wzmocnienia”, podłapali pomysł, a rynek bardzo szybko wyszedł naprzeciw rosnącemu popytowi. Nie istnieją dokładne dane na temat liczby zwierząt, które ucierpiały w związku z „Fangsheng”, ale ekolodzy pracujący w Azji szacują, że liczba ta może iść w miliony. W chwili gdy zwierzęta (od krabów do wróbli) są uwalniane z klatek, wiele z nich jest chora lub już nie żyje. Sprawia to, że sens całego przedsięwzięcia staje się co najmniej dyskusyjny. Niektóre jednak przeżywają i stają się gatunkami inwazyjnymi, tak jak w przypadku „amerykańskich” żab ryczących, ryb żmijogłowych oraz żółwi czerwonolicych wypuszczanych na wolność w Chinach.

Niestety, bardzo wielu Chińczyków w ogóle nie posiada wystarczającej wrażliwości na problemy ochrony i dobra zwierząt” – mówi Fengqing Yu, ekolog z chińskiej organizacji Wildlife Ark. „Ludzie po prostu trzymają się swych starych nawyków i wierzeń religijnych”. Bengkong przyznaje, że nie ma w tym wszystkim złośliwości, a jedynie nieco komercyjnego oportunizmu. Sądzi, że większość ludzi „jest szczęśliwa mogąc uwolnić wszystkie te zwierzęta, ponieważ w głębi serca wierzą oni w to, że w ten sposób im pomagają”.

W Ameryce Północnej praktyki takie są zazwyczaj trzymane w tajemnicy. Przyglądało się im kilku naukowców. „Uwalnianie życia” to rosnący problem” twierdzi Chris Harley, ekolog z Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej. Gatunki napływowe, takie jak ryby żmijogłowe oraz ślimaki morskie (mogące przenosić potencjalnie niebezpieczne pasożyty) pojawiły się w wodach wokół Vancouver. Tymczasem „dobrzy samarytanie” – buddyjscy lub inni – stojący za tymi najazdami pozostają anonimowi. „Całkiem możliwe, że to praktyki buddyjskie są przyczyną naszych problemów z wieloma gatunkami napływowymi”, powiada Harley. Niestety „uwalnianie życia” jest całkowicie nieuregulowane prawnie.

Benkong zdecydował się znaleźć rozwiązanie problemu, które byłoby uregulowane prawnie. W trakcie swych poszukiwań mnich zdał sobie sprawę, że certyfikowane organizacje zajmujące się rehabilitacją dzikich zwierząt często wypuszczają je na wolność niepobłogosławione. Gdyby buddyści mogli się przyłączyć, powstała by możliwość generowania pozytywnej karmy z fangsheng bez wprowadzania zamętu do lokalnych ekosystemów. Benkong postanowił więc opublikować ogłoszenia w biuletynach „New York Turtle” i „Tortoise Society’s newsletter”. W ten sposób nawiązał kontakt z dwoma osobami zajmującymi się rehabilitacją żółwi – Patricią Johnson i Lorri Cramer. Okazało się, że chętnie wezmą oni udział w projekcie, któremu Benkong nadał miano „współczującego uwalniania życia”.

„Kiedy masz do czynienia z tradycjami głęboko zakorzenionymi w jakiejś kulturze, zazwyczaj nie możesz po prostu powiedzieć, „nie wolno tego robić” lub „to jest złe” – twierdzi Patricia Johnson. „Właśnie dlatego tak spodobał mi się pomysł „współczującego uwalniania życia”. Punktem wyjścia jest praktyka, która ma ogromne znaczenie duchowe dla wielkiej rzeszy ludzi, myśmy ją tylko nieco skorygowali.”

Benkong wziął również udział w dyskusji toczącej się wokół problemu fangsheng w Tajwanie. Fengqing Yu i jej grupa prowadzą tam kampanie edukacyjne dla społeczności buddyjskich oraz naciskają na prawodawców w celu uzyskania regulacji prawnych dla fangsheng. Jednak zazwyczaj Benkong skupia się na działaniach lokalnych. Od roku 2008 zorganizował tuziny ceremonii uwalniania żółwi. Teraz zamierza uczynić to samo dla ptaków.

Benkong lubi podkreślać, że świątynie mają wiele środków, którymi mogłyby się podzielić z rehabilitantami zwierząt, którym tych środków zazwyczaj brakuje. „Istnieje 145 świątyń buddyjskich w Nowym Jorku,” stwierdza mnich, dodając jednocześnie, że jest w trakcie nawiązywania kontaktów z każdą z nich. Ambicje tego buddyjskiego duchownego sięgają jednak poza granicę pięciu nowojorskich dzielnic. Wraz z Patricią Johnson jest współautorem krótkiej książki poświęconej „współczującemu uwalnianiu życia”. Napisano ją w trzech językach: po angielsku, chińsku oraz w „języku nauki”. Książeczka zostanie rozesłana do świątyń, punktów rehabilitacji zwierząt oraz ekologów w całym kraju.

Moim celem jest, aby przy każdej buddyjskiej świątyni w Stanach Zjednoczonych działała grupa rehabilitantów lub ekologów wspierana przez mnichów. Grupy takie mogłyby edukować buddyjskie społeczności i podnosić ich wrażliwość na problemy ochrony środowiska”, powiada Benkong. „Ludzie ci muszą jedynie zapukać do świątynnych drzwi.”

Tłumaczenie: Maciej Puzio, redakcja: Alicja Barcikowska

Źródła:

Rachel Nuwer. A Buddhist Ritual Gets an Ecologically Correct Update

Animal release


You can leave a response, or trackback from your own site.

Leave a Reply